Zdecydowanie
subiektywna opinia pokonkursowa
10.11.2006 19:15:13
Forum dyskusyjne
XIII Konkurs Wieniawskiego przemknął szybko, zakończył się dość niepostrzeżenie
i nie wzbudził większych emocji, nie mówiąc już o powszechnym rozgłosie.
Wśród mojego bliższego i dalszego otoczenia, tylko jedna osoba dość żywo
interesowała się zmaganiami młodych artystów, reszta usprawiedliwiała
się brakiem czasu, całodzienną krzątaniną i ścinającym z nóg zmęczeniem.
Nie brakowało "szczerych" opinii w rodzaju: "nie zachwycam
się tym piłowaniem, drapaniem i skrzypieniem". Przygnębiające wrażenie
robił telebim przed filharmonią poznańską, podczas koncertu laureatów.
Stał samotny i niepotrzebny, nie przyciągając niczyjej uwagi. Nasze forum
też nie kipi konkursowymi emocjami. Signum temporis. Smutny fakt, że spada
zainteresowanie tzw. kulturą wysoką, w szczególności muzyką poważną, na
pewno nie skłoni mnie do ulokowania zainteresowań w innych rejonach doznań
duchowych, chociaż czuję się jak mamut w przededniu wyginięcia.
Przesłuchania finałowe obejrzałem w całości w TVP Kultura, maksymalnie
koncentrując uwagę.
Nie ucieszyła mnie I nagroda dla Agaty Szymczewskiej. Dziewczyna ma duży
talent, techniczną wprawę i wirtuozowską sprawność, ale jej interpretacje
odebrałem jako dość chłodne, egocentryczne i pozbawione głębszej inspiracji
intelektualnej. Zraziła mnie nadmierną pewnością siebie, sprawiając wrażenie,
że jej zwycięstwo w konkursie to sprawa przesądzona i bezdyskusyjna od
samego poczatku. Mogły drażnić uśmiechy i autografy rozdawane awansem
na lewo i prawo podczas przerwy pomiędzy finałowymi występami, a przede
wszystkim chełpliwe słowa skierowane do red. Pawła Osesa podczas zaaranżowanego
miniwywiadu. Stwierdziła mianowicie: "Robię z publicznością co zechcę".
Na tak wysoką samoocenę chyba jednak za wcześnie.
Za to laureatka trzeciej nagrody (dlaczego tylko trzeciej?) - Anna Maria
Staśkiewicz zdecydowanie przyciągnęła moją uwage. Grała w finale koncert
Szostakowicza z pasją, polotem i wyobraźnią, różnicując bardzo ciekawie
nastrój i tempa poszczególnych części. Twórczość radzieckiego kompozytora
- szczególne, dość męczące połączenie chropowatości z posępną groteską
- nie pociągała mnie dotąd specjalnie. Tymczasem wysłuchałem całego koncertu
nie wiedząc kiedy i jak. Wydał mi się naraz świetną, bogatą w pomysły
kompozycją. To było piękne, nie mające sobie równych podczas całego finału,
wykonanie koncertu z orkiestrą! Podobnie zresztą było z sonatą Ysaye'a.
Trzeba jeszcze wspomnieć o niepospolitej urodzie Anny Marii. Oryginalność
rysów, przenikliwość i powłóczystość jej spojrzenia, skojarzyła mi się
ze słynnymi gwiazdami z początków kina (w rodzaju Brigitte Helm), których
nierealny urok i zagadkowa osobowość ciągle budzą zainteresowanie kinomanów.
A miss Suzuki (II nagroda)? Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że spełniła
rolę buforu, aby wymienione wcześniej Panie nie znalazły się w zbyt bliskim
sąsiedztwie.
Adam
Rozlach
Redakcja Muzyki Poważnej Polskiego Radia
„Twoja Muza” nr 6 2006
Sprawiedliwie i pechowo
Werdykt jurorów był
więc sprawiedliwy, o ile mógł być takowy przy chyba błędnym założeniu,
że każdy etap oceniany był niejako od początku. Dzięki temu wysokie nagrody
zdobyli ci, którzy najlepiej zagrali koncerty w IV etapie ( a niektórzy
z nich dość przeciętnie, ze średnimi pewnie notami, kończyli grę w etapach
poprzednich ). Gdyby było inaczej, swoją lokatę sprzed pięciu lat na pewno
znacząco poprawiłby J. Nadrzycki, na pewno wyżej ( któż to wie, o ile
stopni?) znalazłaby się też Anna Maria Staśkiewicz – chyba najciekawsza
indywidualność artystyczna XIII Konkursu – dla niej feralnego. Cóż z tego,
że i ona na koncercie laureatów wypadła znakomicie.
Adam
Rozlach
Redakcja Muzyki Poważnej Polskiego Radia
Koncert Wieniawskiego w wykonaniu Anny Marii Staśkiewicz
podobał mi się znacznie bardziej. Przede wszystkim dzięki o wiele bardziej
właściwemu dziełu liryzmowi, większej czułości bardziej romantycznego
i intensywnego wibrata. Staśkiewicz prezentowała ładny gatunek dźwięku,
ujmującą czułość, delikatność i elegancję. To było wykonanie ciekawe i
„gładkie”, niczym nieokupione....Jak na warunki konkursowe, presję i oczekiwania-znakomite.
Skonstatowałem, jeszcze, mając w pamięci większość poprzednich finałów,
że można grać czysto intonacyjnie.
Pozostała mi jeszcze druga odsłona występu Polki: Koncert Szostakowicza.
Bardzo dobry i ciekawy, ze śliczną narracją Nokturnu, choć bardziej okrągłą
i romantyczną niż Suzuki. Mniej było wyrazistości i dramatycznego nerwu
( u Staśkiewicz dramatyzm ma koloryt liryczny ) (...) Passacaglia uspokojona,
znów liryczna, delikatna, ładnie brzmiąca, a kadencja – bardzo ciekawa,
pełna nerwu, jakiejś zaciętości. Burleska efektowna, zagrana z zębem i
charakterem, brawurowo. Myślę, ze nie tylko że tego powodu owacja była
rekordowa, wspaniała, triumfująca.
Andrzej
Chylewski
Anna Maria Staśkiewicz już pierwszymi dźwiękami Grave
z II Sonaty a-moll Johanna Sebastiana Bacha zasygnalizowała oczekiwaną,
wyborną formę, a następne takty realizowane na świetnym instrumencie z
pracowni C.A. Testore myśl tę potwierdzały. A więc temperament ( jakże
frapujący w tak filigranowej postaci ) , wrażliwość brzmieniowa i przemyślane
koncepcje utworów, aż po głęboką wyrazowo Sonatę nr 2 z op. 27 Eugene’a
Ysaya.
Jolanta
Brózda
Gazeta Wyborcza
Bartosz Woroch. Jego I Sonata f-moll Prokofiewa to wulkan
emocji na granicy szaleństwa. Ostry dźwięk ( jak najbardziej na miejscu)
, bogata artykulacja, wciągająca narracja.
Jolanta
Brózda
Gazeta Wyborcza
Anna Maria Staśkiewicz z Polski – (...) jedna z najlepszych,
którzy dotąd wystąpili. Jasno brzmiące skrzypce i „jasna”, ujmująca naturalnością
osobowość. Zapadł mi w pamięć kaprys „Alla Saltarella” Wieniawskiego –
lekki jak piórko, wdzięczny, w ogóle jeden z najlepiej wykonanych dotąd
na konkursie kaprysów. I oczywiście utwór dowolny, Sonata „Obsesion” Ysay’a
- grana jakby w transie, w zapamiętaniu – bardzo dojrzała interpretacja.
Szostakowicz Anny Marii Staśkiewicz utrzymany był w jaśniejszym
kolorycie, brzmiący nieco łagodniej, z przebłyskami nadziei i optymizmu.
Z części I na pewno zapamiętam na długo zachwycający duet skrzypiec z
harfą utrzymany w przesubtelnym pianissimo. W części II skrzypaczka była
niemal opętana muzyką, zagarniając słuchaczy w krąg szalonej, choć gorzkiej
zabawy. Z namiętnej, pogłębionej wyrazowo części III Staśkiewicz „wpadła”
w finałowy, rozpasany galop, który porwał publiczność do gorącej, w pełni
zasłużonej owacji.
Koncert d-moll Wieniawskiego w Annie Marii Staśkiewicz zyskał odtwórczynię,
która szczególnie w odcinkach lirycznych przekazywała zaklętą w nich nostalgię,
zadumę, delikatność, czarując słodkim, wzruszającym, łkającym tonem swojego
instrumentu.(...) W częściach żywych Ania ze swoim temperamentem, wtopieniem
się w muzykę całą sobą, potrafiła być energiczna, porywająca, zachwycająca.
Adam
Rozlach
Redakcja Muzyki Poważnej Polskiego Radia
Wielką radość sprawiła mi Anna Maria Staśkiewicz. Czarujący
brzmieniowo Bach. Grave pełne subtelności i rozmarzenia. (...) Lekki i
zwiewny Kaprys Wieniawskiego. Precyzyjny technicznie, podobnie jak Kaprys
Paganiniego. Oba ciekawe muzycznie. Znakomita Sonata „Obsesion”. Ciekawa,
rewelacyjna. Tak pokazać meandry obsesji, tak frapująco zróżnicować poszczególne
ogniwa, a do tego imponując szerokim pasmem brzmieniowym i szlachetnym
tonem- to bardzo dużo.
2006-10-28,
sobota
A jednak można…
Przygnębieni poprzednimi występami finałowymi, z lekką rezerwą przyszliśmy
do filharmonii, aby wysłuchać dwóch bliźniaczo podobnych programów w wykonaniu
Anny Marii Staśkiewicz i Airi Suzuki. Wreszcie mieliśmy okazję obserwować
pojedynek, „kto lepszy”, a nie,„kto gorszy”. Komentują podbudowani na duchu:
Marcin Ostrowski i Szymon Makowski.
Pierwsza na estradę wyszła Polka – Anna Maria Staśkiewicz. W naszych przed-finałowych
notowaniach, była jedną z pretendentek do czołowych lokat. Jednak po poprzednich
występach „faworytów” do jej występu podchodziliśmy z lekką obawą. Niepotrzebnie,
gdyż wreszcie nie czekał nas zawód.
Od pierwszych dźwięków (skrzypaczki, nie orkiestry) wiedzieliśmy już, że
będziemy świadkami wyjątkowego występu. Koncert d-moll Wieniawskiego wykonany
z wyczuciem czasu, formy, oraz czarującym dźwiękiem dostarczył nam wielu
pozytywnych emocji. Urzekła nas szczególnie druga część. Niestety do pełni
szczęścia, skrzypaczce zabrakło perfekcji w III części, choć cieszy, że
wreszcie usłyszeliśmy ją w tempie i z właściwą werwą.
Teraz pozostało nam czekać, co zrobi Japonka. Wybór 17-latki: I Koncert
Szostakowicza, zdawał się nam kontrowersyjny i na wyrost. Wykonany dokładnie,
bezbłędnie, z należytą grą emocji i odpowiednim „pazurem” sprawił jednak,
że po tym występie długo nie mogliśmy się pozbierać. Japonka udowodniła,
że mimo młodego wieku potrafi interpretować dzieła wymagające niezwykłej
dojrzałości emocjonalnej. Jeśli można się do czegoś przyczepić, (co czynimy
raczej z obowiązku niż dla przyjemności) to do lekko poszarpanych kantylen.
Po przerwie mogliśmy bezpośrednio porównać oba koncerty, obie skrzypaczki
i już cztery piękne suknie. Nową twarz i nową kreację przybrała najpierw
Anna Maria Staśkiewicz, która z grzecznej dziewczyny w zieleni, zamieniła
się w prawdziwą femme fatale (w czerni), by w tym samym stylu zaprezentować
I Koncert Szostakowicza. Zadawaliśmy sobie pytanie, czy podoła wyzwaniu
rzuconemu przez Airi. Polce udało się wydobyć z tego utworu jeszcze więcej
treści, smaku i koloru, co przy naprawdę dobrej prezentacji Japonki, było
dużym osiągnięciem.
Szczególnie zaciekawił nas sposób wykonania kantylen – impresjonistyczny
i bardzo nastrojowy. Widać było, że artystka celowo wybrała taki sposób
interpretacji, jednak pozostaje pytanie czy muzykę rosyjskiego kompozytora
powinno się wykonywać właśnie w tym stylu. Niemniej jednak było pięknie,
i wreszcie zamiast myśleć jakby tu złośliwie podsumować wieczór, mogliśmy
wsłuchać się w muzykę (przez duże M).
Jednak do podsumowań było jeszcze daleko. Pozostała jeszcze jedna niewiadoma
– czy Arii Suzuki, potwierdzi to,co zaprezentowała w pierwszej części swojego
recitalu, czy może jednak pokaże, że był to jednorazowy przebłysk geniuszu.
Warto na pewno zauważyć, że Japonka wykonuje dzieła Wieniawskiego z dobrym
wyczuciem charakteru, co nie każdemu zagranicznemu uczestnikowi się udawało.
Niestety widać również było, że artystka zbyt dużo czasu poświęca na ćwiczenie
gry, a za mało na siłowni – w ostatniej części wyraźnie opadła z sił, mimo
że II koncert Wieniawskiego do trudnych fizycznie nie należy. Na szczęście
nie wpłynęło to znacząco na styl i jakość drugiej części jej recitalu.
Na końcu, bo gdzieżby indziej, warto zwrócić uwagę na grę orkiestry. W porównaniu
do poprzednich przesłuchań, nie było źle. Nie wiemy jednak czy to zasługa
solistek, które absorbowały całą uwagę na sobie, czy po prostu w trakcie
konkursu orkiestra zaczyna „czuć” frazę, oraz dokładniej wykonywać swoją
partię. Kilka „wpadek” widać było jednak wyraźnie, jak chociażby początek
III części koncertu Wieniawskiego w wykonaniu Airi, kiedy dyrygent narzucił
zbyt szybkie tempo. Artystka zaczęła jednak grać we własnym, niestety zespół
zachował się jak rozpędzona lokomotywa – z równie długim czasem reakcji.
Podbudowani i przepełnieni optymizmem życiowym komentowali dla Was
Ostry & Szymon
2006-10-18,
środa
Najmłodsza i najlepszaNancy Zhou (RRStudio)
Prezentacje uczestników wieczornej sesji przesłuchań trzeciego dnia I etapu
wywołały w nas mieszane uczucia. Było tam wszystko; począwszy od dojrzałego
występu Bartosza Worocha poprzez fenomenalną technikę najmłodszej uczestniczki
konkursu – Nancy Zhou do prezentacji o przeciętnym poziomie.
Pierwszym skrzypkiem, którego mieliśmy okazję wysłuchać był Bartosz Woroch.
Był to jeden z lepszych występów na tym konkursie. Od początku widać było
pełne skupienie, brak tremy i ciekawe pomysły wykonawcze. Po doskonałym
Bachu nastąpiły kaprysy, w których wykazał się techniką lewej, jak i prawej
ręki. W „Le Staccato” zdarzyły się niestety „wpadki” intonacyjnie, ale i
tak zachwycił wszystkich bardzo szybkim i pewnym staccatem. Kaprys Paganiniego,
mimo szybkiego tempa, brzmiał bardzo selektywnie i ciekawie. Muzykalność
i dojrzałość potwierdził brawurowym wykonaniem Sonaty Ysaye’a.
Kiedy myśleliśmy już że nic nas tego wieczoru nie zaskoczy, na scenie pojawiła
się zaledwie 13-letnia Nancy Zhou. Mimo doskonałości technicznej w Bachu,
brakowało nam w jej wykonaniu wyraźnej, własnej interpretacji, co można
wytłumaczyć młodym wiekiem. Denerwował forsowany dźwięk i nadmierna wibracja.
W pozostałych utworach, które nie wymagały dużej dojrzałości, Amerykanka
pokazała wszystkie swoje walory. Jej technika była wprost genialna.
Kaprysu Wieniawskiego można było nie zauważyć ze względu na szalone tempo
jego wykonania. W 24. Kaprysie Paganiniego udowodniła, że potrafi grać nie
tylko szybko, ale i muzykalnie, a w akordach prawie dorównała J. Heifetzowi.
Kolejnym utworem – „La campanellą” Paganiniego, potwierdziła, że nawet najtrudniejsze
utwory nie sprawiają jej żadnych problemów. Niewątpliwym problemem dla jury
będzie odpowiedź na pytanie czy jej młody wiek usprawiedliwia mało dojrzałą
interpretacje Bacha.
O kolejnych uczestniczkach krótko, mimo tego, iż ich występy dłużyły się
niezwykle. Występ Anny Ziółkowskiej – najstarszej z kolei wykonawczyni –
wzbudził mieszane uczucia. Momenty dobrej, subtelnej gry ładnym dźwiękiem
przeplatane były licznymi potknięciami – zarówno technicznymi, jak i dźwiękowymi.
Widać było wyraźnie, że „wysiadły” jej nerwy. Zawiodła Kinga Augustyn. Występ
totalnie nudny. Nie skomentujemy- zasnęliśmy… chrrrrrr.
Jak zwykle na koniec nasza ocena w skali konkursowej (1-25). Dzisiaj ciężko
było nam ustalić wspólną wersję.
Nancy Zhou: punktacja na konkursie Paganiniego (techniczna): 25 punktacja
realna: 23,5
Bartosz Woroch: 23,(9)
Stefan Tarara: 23,5
Ludwika Maja Tomaszewska: 22
Bart Vandenbogaerde: 21,5
Chen-Han Tsai: 20,5
Anna Ziółkowska: 20
Kinga Augustyn: 18
Do zobaczenia jutro (a zapowiada się ciekawie…)
Czarkins & Ostry & Szymon
Czarowanie
i spadanie - relacja Jolanty Brózdy z weekendowych przesłuchań Konkursu
Wieniawskiego
Jolanta Brózda
2006-10-22, ostatnia aktualizacja 2006-10-22 23:54
W Roku Mozartowskim i po drugim etapie konkursu mam Mozarta serdecznie dość.
Na szczęście nadszedł czas na sonaty, które wykonywali w niedzielę skrzypkowie
dopuszczeni do trzeciego etapu
Oto powody mojej awersji do Mozarta. Po pierwsze wykonywanie Koncertów skrzypcowych
z fortepianem to namiastka, choćby pianiści mieli najlepszą wolę i umiejętności.
Po drugie - ciekawych interpretacji mozartowskich było niewiele. I niestety
ostatni dzień drugiego etapu turnieju nie należał do wyjątków. A jednak
czworo z ósemki grających: Oganes Girunyan, Agnieszka Guz, Jonian-Ilias
Kadesha i Simeon Klimashevskiy zakwalifikowało się do trzeciego etapu.
Oganes Girunyan (Rosja). Potrafi czarować, cieniować - i wie o tym. Ma własny
pomysł na Mozarta i Wieniawskiego, jest do niego przekonany. I to słychać.
Nie jestem pewna, czy w Mozarcie każda gra kontrastami forte-piano, legato-staccato
była na miejscu, czy nie skręcała w manierę. Trochę rozsypał się Koncert
A-dur na intrygujące, ale nie zawsze pasujące do siebie kawałki. Ale nie
sposób zaprzeczyć, że Girunyan ma w sobie coś świeżego, szczerego - a to
zawsze przyciąga.
Agnieszka Guz (Polska). Dwa razy podczas występu zepsuła jej się szyna podtrzymująca
skrzypce na obojczyku. Być może dlatego w jej występie nie znalazłam wiele
więcej walorów ponad rzetelność, kulturę gry. Szacunek, ale do zachwytu
daleko.
Jonian-Ilias Kadesha (Albania/Grecja). Niech sobie mówią, że ten czternastolatek
to dziecko jeszcze, że nie dla niego poważny repertuar. Cóż z tego, skoro
po prostu potrafił zaciekawić swoją grą - naturalnie muzykalny, skupiony,
zaangażowany. I jako jedyny spośród utworów Wieniawskiego wybrał Legendę
i Scherzo-Tarantellę, co jego występowi wyszło zdecydowanie na dobre, a
i słuchaczom dało trochę oddechu po nieustającym festiwalu Fantazji na tematy
z "Fausta" Gounoda i Wariacji na temat własny.
Simeon Klimashevskiy (Rosja). Koncert G-dur Mozarta zagrany rzetelnie, spokojnie.
I bezpiecznie. Za bezpiecznie, żeby utrzymać uwagę słuchacza (przynajmniej
moją) w napięciu. Z Fantazją było nieco lepiej - więcej iskry, ale ze spadkiem
energii i zbyt gęstymi potknięciami pod koniec utworu.
Trzeci etap to dla skrzypka test na dojrzałość intelektualną, na umiejętność
budowania trudnej formy, jaką jest sonata. Jeśli użyć porównania literackiego,
sonata to zbiór kilku opowiadań o różnej treści, klimacie, które razem stanowią
logiczną dramaturgicznie całość i które łączy wspólny wątek. Poza sonatą
uczestnicy w trzecim etapie grają jeden z polonezów koncertowych Wieniawskiego:
D-dur lub A-dur. Podczas wczorajszych przesłuchań moja uwagę zwróciły po
dwa razy powtarzające się wykonania I Sonaty f-moll Sergiusza Prokofiewa
i Sonaty G-dur Maurice'a Ravela.
Anna Maria Staśkiewicz (Polska). Sonata f-moll Prokofiewa to zbiór opowiadań
w klimacie kafkowskim - obsesja, szaleństwo, uwikłanie ducha w niezrozumiały
splot losów, w zniewolenie. Staśkiewicz ma żywiołowy temperament, gra dość
ostrym dźwiękiem, klarowną artykulacją - okazało się, że w Sonacie Prokofiewa
to bardzo przydatne umiejętności. Sonata zabrzmiała elektryzująco, nawet
frazy grane piano świdrowały powietrze. Mimo spadków napięcia w finale -
bardzo dobry występ.
Lev Solodownikov (Rosja). Również grał Prokofiewa i poszedł drogą intensywności
ekspresji, kontrastów - od piano na skraju ciszy po wściekłe forte na granicy
wytrzymałości instrumentu. Ale według mnie grał mniej przekonująco - w tym
utworze zabrakło mu umiejętności muzycznego "opowiadacza", które
Staśkiewicz posiada.
Wojciech Pławner (Polska). Sonata G-dur Ravela to trzy opowiadania w klimacie
Marka Twaina - czyli nieco nostalgii, pogodnego humoru i prostych życiowych
mądrości. Ravela w wykonaniu Pławnera słuchałam z coraz większą przyjemnością.
Druga część - blues, została zagrana ze swobodą i świetnym wyczuciem "kanciastego"
pulsu. W trzeciej była czysta radość szalonego pędu, energii.
Airi Suzuki (Japonia). Zupełnie inny Ravel: miękki, raczej refleksyjny i
introwertyczny niż "energetyczny". Dla mnie zbyt "serio".
W sonatach rola pianisty jest bardzo istotna. To równorzędny partner skrzypka.
Dla mnie bohaterem opisanych wyżej wykonań był Marcin Sikorski. Towarzysząc
Annie Marii Staśkiewicz, potrafił znakomicie zgrać swoje brzmienie z jej
barwą dźwięku, reagować na jej "zaczepki", podążać za jej temperamentem.
A kiedy grał z Wojciechem Pławnerem, miałam wrażenie, że obaj muzycy od
dawna tworzą dobrze rozumiejący się duet.
PIOTR
MATWIEJCZUK
21.100.2007
Anna Maria
Staśkiewicz - zasłuchana, skupiona i staranna, delikatna i zwiewna, czasami
z błyskiem w oku. Donna Elvira przedpołudniowej sesji przesłuchań. Jeszcze
bez nuty szaleństwa, bo przed zdradą. W swoim zakochaniu poważna i stanowcza.
To miłośćwybłagana, ale też odwzajemniona. Jak dotąd - najlepsza Mozartowska
interpretacja.
Marcin
Ostrowski
21.10.2007
Spośród
czterech wykonań Mozarta najlepiej brzmiał on u Anny Marii Staśkiewicz.
O tym elemencie jej programu mogę pisać w samych superlatywach. Staśkiewicz
grala z niezwykłym wdziękiem, szlachetnie i ciekawie. Szczególnie podobała
mi się pełna emocji kantylena w II części. Jakby malowała dźwiękami z
wielokolorowej palety.
Zdaniem
słuchaczy - typ niezwykle liryczny
Sylwetka laureatki III nagrody Konkursu Anny Marii Staśkiewicz
"Koncert d-moll Wieniawskiego ( ... ) zyskał odtwórczynię, która
szczególnie w odcinkach lirycznych przekazywała zaklętą w nich nostalgię,
zadumę, delikatność, czarując słodkim, wzruszającym, łkającym tonem swojego
instrumentu" - pisała Teresa Dorożała- Brodniewicz w recenzji finałowego
występu skrzypaczki
w "Gazecie na Wieniawskiego". Wtórowali jej inni recenzenci,
którzy podkreślili niezwykłą liryczność laureatki III nagrody (15 tys.
dol.) i brązowego medalu w Konkursie.
Urodziła się 8 listopada 1983 r. w Będzinie, wychowała zaś w Toruniu.
Należy do najbardziej uzdolnionych polskich skrzypków swojego pokolenia.
Jest studentką poznańskiej Akademii Muzycznej w klasie prof. Marcina Baranowskiego.
Jako swoich muzycznych idoli podaje m.in. Wandę Wiłkomirską, a także Tatianę
Grindiensko.
Podobno najlepiej
czuje się na koncertach. - Czyli tam, gdzie mogę coś od siebie powiedzieć
- mówiła w rozmowie z "Gazetą". - Nie na konkursach
PIOTR MATWIEJCZUK
18.10.2006
Artystą
dojrzałym, niemal w pełni ukształtowanym jest Bartosz Woroch. Jego nieskazitelna
intonacja, operowanie smyczkiem, miękkie wchodzenie w dźwięk schodzą na
plan dalszy, stają się nieomal oczywistością wobec umiejętności wyższego
rzędu. Woroch potrafi zatrzymać czas w Bachowskim Grave z II Sonaty a-moll;
z pełną świadomością ukształtował formę Fugi - zarówno w mikro, jak i
makroskali; nie sprawiło mu trudności podążanie za skrzypcową polifonią
Bacha, często przecież tylko wyobrażoną. Wyraziste nawracanie tematu
Fugi, konsekwencja w jego przeprowadzaniu oraz odprężenia, swoiste zawieszenia
narracji w łącznikach - wszystko to tworzyło logiczną, pięknie ukształtowaną
całość. Ile
muzyki jest w wirtuozerii, mogliśmy usłyszeć w jego kaprysach. Tak często
grany na tegorocznym Konkursie Kaprys op. 1 nr 17 Paganiniego wreszcie
zyskał klarowną formę - z prologiem, częściami skrajnymi i kulminacją
pomiędzy nimi. A wszystkie zalety gry skrzypka skupiły się w fantastycznie
wykonanej Sonacie E-dur op. 27 nr 6 Eugene'a Ysaye'a.
Michał
Burczyk 18.10.2006
Pierwszy
kandydat w popołudniowej sesji, Bartosz Worach, imponował techniką. Grave
i Fuga a-moll Bacha były bardzo dojrzałe, poszczególne przeprowadzenia
tematu ukazywane były wyraziście. Znakomity był Kaprys "Le staccato".
VI Sonata E-dur Ysaye'a zabrzmiała bardzo wirtuozowsko.
RECENZJA
koncertu "Osiem pór roku"
jb 22-05-2005
Są muzyczni
"native speakerzy" i ci, którzy uczą się tego języka. A raczej
- języków, bo w muzyce jest ich wiele - język romantyzmu, jazzu itd. I
jedni, i drudzy mogą dojść do podobnego poziomu umiejętności, mierzonych
np. testami. Ale jest też to, co niewymierne - wrażliwość na ukryte znaczenia
słów, na niuanse. Na tym polu wygrywają native speakerzy.
Myślę, że
dla skrzypaczki Anny Marii Staśkiewicz (rocznik 1983) muzyka jest językiem
ojczystym. Zwłaszcza muzyka Argentyńczyka Astora Piazzolli - taka,
w której ważna jest bezpośredniość, siła osobowości, wewnętrzny ogień,
twórczy niepokój. To wszystko było w wykonaniu "Czterech pór roku"
- osnutych na rytmach tanga, z wplecionymi cytatami z "Pór roku"
Antonia Vivaldiego. Co ważniejsze - to brzmiało naturalnie. Przyjemnie
było obserwować, z jaką swobodą skrzypaczka "wymawia" frazę,
jak ją ozdabia, jak stawia akcenty. Pomagała jej
w tym orkiestra Amadeus. Już teraz można powiedzieć, że Anna Maria Staśkiewicz
- torunianka studiująca w Poznaniu - ma szansę zostać skrzypaczką liczącą
się w Europie.
"Pory
roku" Vivaldiego wykonał Piotr Pławner (rocznik 1974). Jeśli za kryterium
przyjąć to, co w wykonawstwie Vivaldiego ostatnio się dzieje w światowej
czołówce, była to interpretacja rzetelna, choć letnia i zachowawcza.
Niewątpliwie
piątkowego wieczoru ciekawiej pory roku upływały w Buenos Aires niż w
Wenecji
Piątkowy
koncert w Filharmonii Lubelskiej
Pokazując,
jak genialną muzykę stworzył w I Koncercie skrzypcowym Dymitr Szostakowicz,
23-letnia Anna Maria Staśkiewicz jakby dopowiedziała reszty:
w interpretacji liczy się nie tylko rozumienie partytury, ale także osobista
umiejętność wtopienia się w klimat, próba odczytania nie tyle nut, co
uczuć Młoda skrzypaczka zagrała w piątek arcytrudny koncert
z ogromną wyrazistością
i sugestywnością przekazu, a przy tym w sposób absolutnie naturalny
i sontaniczny. Anna Maria Staśkiewicz jest drobną, sprawiającą wrażenie
niezwykle skromnej
i pełnej pokory osobę, która w niektórych momentach łudząco przypomina
wielką damę polskiej wiolinistyki - młodą Wandę Wiłkomirską. Ożywa, kiedy
zaczyna grać. Dźwięki, które wychodzą spod jej palców i smyczka, są albo
matowe, jakby
z wnętrza duszy pochodzące, pełne cierpienia i grozy, albo słonecznie
jaskrawe, roześmiane - od serca. Jedną swoją frazą potrafi uciszyć całą
orkiestrę, która milknie posłusznie, aby na granicy tego, co możliwe w
akustyce, pozwolić wybrzmieć jakimś domyślnym alikwotom. Smyczek zatrzymuje
się, ale dźwięk się nie kończy. Niezwykły spektakl muzyczny trwa przez
cały koncert i trudno, pisząc recenzję, skupiać się na jego poszczególnych
częściach, bo Anna Maria Staśkiewicz gra trwający pół godziny utwór z
konsekwentną logiką. Każda powracająca fraza i każdy nowy motyw są wyraziste
ostrością spojrzenia uważnego, ale i trochę rozmarzonego. Ta muzyka wykonana
z niezwykłą precyzją, doskonałym warsztatem i podziwu godnym - szczególnie
u tak młodej osoby - kunsztem, wyraźnie odpowiada temperamentowi Anny
Marii Staśkiewicz. Artystka świetnie się czuje w takich klimatach; nie
boi się skoków interwałów, zmiennych rytmów, pulsującej melodyki. Stąd
niewymuszona radość w jej interpretacji, w żaden zresztą sposób nie ustępująca
miejsca wspomnianemu warsztatowi, wręcz uzupełniając go o dodatkowe atuty.
A przy tym skrzypaczka jest tak niesamowicie skupiona nie tylko na sobie,
ale i na stojącym tuż obok
z batutą dyrygencką Davidzie Murphy'm, na grupie wiolonczel, na tubie
i waltorni
...Odbyły
się po raz pierwszy, równolegle do Festiwalu, kursy dla instrumentalistów.
Do wiolonczelisty Tomasza Strahla zgłosiło się aż dwadzieścia pięć osób.
Skrzypek Marcin Baranowski na koncercie w Marconim ( 7 lipca ) pokazał
świetne swoje uczennica z gimnazjum muzycznego i z Akademii. Panny
w wieku od 12 do 21 lat, z wytrawnym kameralistą przy fortepianie, Marcinem
Sikorskim, grały z estradowym temperamentem Krolla, Bacha, Karłowicza
i Ravela. Studentka Linda Jankowska z Anną Marią Staśkiewicz ( to właśnie
wychowanka Baranowskiego ) wykonały ( i to jak! ) Sonatę na dwoje skrzypiec
Góreckiego...
Małgorzata
Komorowska
Ruch Muzyczny
...Sensacją
okazała się ... młoda utalentowana skrzypaczka Anna Maria Staśkiewicz, która
z towarzyszeniem Orkiestry Kameralnej PR „Amadeus” pod dyrekcją Agnieszki
Duczmal wspaniale zagrała „ Cztery pory roku w Buenos Aires” Piazzoli. Był
to czysty popis muzykalności, poczucia rytmu, temperamentu i pięknego, czystego
dźwięku....
Adam Czopek
...Anna
Maria Staśkiewicz to największa niespodzianka festiwalu, wśród słuchaczy
zaskoczenie i podziw dla jej mistrzowskiej gry. „ Cztery pory roku w Buenos
Aires” – niezwykła kompozycja Astora Piazzoli, oparta na argentyńskim
tangu, pod wieloma względami frapująca, w wykonaniu Anny wywołała entuzjastyczne
reakcje publiczności. Brawurowo zagrane przez solistkę i orkiestrę partie
( często polirytmiczne), korespondowały z tęskną, liryczną nutą i umiejętnie
stosowanymi efektami sonorystycznymi. Piękna, ze wszech miar warta uwagi,
strona muzyki.
Radio Kielce
Anna Maria
Staśkiewicz podczas koncertu na Festiwalu w Busku-Zdroju
...Arcyciekawy
koncert w BSCK był ( 6 lipca ) zasługą Orkiestry Kameralnej „Amadeus”
z Agnieszką Duczmal i 21 – letniej skrzypaczki Anny Marii Staśkiewicz,
która wystąpiła w „Czterech porach roku w Buenos Aires” Astora Piazzoli....Wersji
na orkiestrę smyczkową i solistę sporządzonej dla Gidona Kremera i jego
„Kremeraty” przed Buskiem bodaj w Polsce nie słyszeliśmy. Muzyka jest
tu, jak to u Piazzoli, niby stale taka sama, ale wciąż fascynująca, z
wszelkimi odmianami tang, z ulotnymi motywami z Vivaldiego ( w Lecie i
Zimie ), lirycznymi solówkami wiolonczeli, fugowaniem i pełnym asortymentem
wiolinistycznych efektów: pizzicatem, glissandem, perkusyjnym stukiem,
szklistym gwizdem flażoletu, itp. Staśkiewicz wykonała to barwnie, z brawurą
i wyczuciem latynoskiego swingu; porwała słuchaczy....